Przejdź do treści strony
a a a

MasterCamp 2010

Relacja z obozu MasterCamp  LATO 2010

Album ze zdjęciami znajduje się TUTAJ

DZEIŃ 1
Po długim okresie oczekiwania nadszedł w końcu TEN DZIEŃ! 6 lipca w samo południe uśmiechnięci, w dobrych humorach odjechaliśmy z Opola i tak zaczęła się nasza przygoda z MasterCampem.
Podróż do Głuchołaz była krótka, ale ciekawa. Już w autokarze Pani Jola przygotowała dla nas pełno zabaw i gier integracyjnych, abyśmy mogli lepiej się poznać.
Ośrodek jest super! Jest tutaj wiele atrakcji, napewno nie bedziemy sie nudzić!
Po smacznym obiedzie i zwiedzaniu ośrodka ulokowaliśmy się w swoich pokojach, a wieczór upłynął nam na wspólnych zabawach, które przełamały "pierwsze lody".
Po dniu pełnym wrażeń zmęczeni, ale szczęsliwi poszliśmy wcześnie spać, gdyż od jutra czeka nas wiele ciekawych i pasjonujących zajęć, przygotowanych przez naszych opiekunów.

DZIEŃ 2
Hurra! Wyszło słoneczko! Już od szóstej rano pierwsi obozowicze wyrażali swoją radość z poprawy pogody. Wczoraj cały dzień padało, co niestety miało wpływ na najmłodszych i czasami niektórym było trochę smutno. Dzisiaj było zupełnie inaczej. Oto zebrane od uczestników wrażenia z dzisiejszego dnia.
Ranek zaczęliśmy od ćwiczeń jogi z panem Lukiem. To się nazywa fajna gimnastyka poranna! Potem było dłuuuuuuugie przemówienie pani kierownik na temat zasad zachowania, czystości, bezpieczeństwa (znowu to bezpieczeństwo, już wczoraj o tym mówiliśmy, a nawet rysowaliśmy). Ponieważ burczało nam już w brzuszkach pobiegliśmy... tzn. grzecznie poszliśmy na śniadanie. Mamo, Tato! Wy mnie w ogóle nie poznacie!. Nie dość, że umiem już ścielić łóżko, wiem, że brudne rzeczy mieszkają w reklamówce, a nie pod torbą kolegi - to jeszcze umiem sobie poradzić przy stole. Żebyście mnie widzieli, jak podaję chleb do stołu, nalewam herbatę, rozkładam sztućce, ale najlepsze jest jak pędzę po dokładkę. I nie myślcie, że ktoś po mnie sprząta ze stołu! To wszystko ja sam!...no koledzy i koleżanki też mi pomagają.


Po śniadaniu było coś dziwnego! Pisaliśmy wielki, ogromny, przerażający test z angielskiego. Pani Jola to chyba go z rok pisała, taki był wielki. Po teście my poszliśmy grać w kickballa (w domu Wam wyjaśnię, co to za gra). Dziewczyny nie rozumieją prawdziwego sportu, więc szybko znalazły sobie inne zajęcie i jeszcze pani Agata poszła z nimi. Hitem dziewczyn została gra pt. kartofel. Pani powiedziała, że ją znacie z dzieciństwa. A pani Jola sprawdzała testy (i dobrze, po co nas nimi męczyła).
Przed obiadem otrzymaliśmy wyniki testu. Pani powiedziała, że prawie wszyscy wypadli świetnie i od jutra pracujemy (chyba pani miała na myśli: bawimy się)w trzech grupach językowych. Najmłodsi teraz nazywają się Players, bo się będą dużo bawić w ten angielski, średniaki to Gamers, ponieważ będą dużo grać w angielskie gry i zabawy, a starszaki to od dzisiaj Funners, że niby będą mieć frajdę z angielskiego. Zobaczymy.


Po obiedzie wybraliśmy się do centrum (ale nie handlowego, spokojnie Mamo). Myśleliśmy, że idziemy kupić pamiątki, czy coś takiego a tu zadanie do wykonania. Nie uwierzycie, jakich ciekawych rzeczy się dowiedzieliśmy o tych Głuchołazach! I to nie od przewodnika ale od samych mieszkańców. Zresztą jak przyjedziecie, to zobaczycie nasz projekt. No i się jeszcze przyznam, ze lody i pączki też były (Mateusz mówi, ze niebo w gębie).


Następnie, zmęczeni bardzo dotarliśmy do jaskini solnej, która (nie wiem dlaczego) ale była nie w górach tylko w ... szpitalu (Babciu, nie martw się jestem całkiem zdrowy). Nie zgadniecie co tam robiliśmy. Bawiliśmy się zabawkami jak w piaskownicy a taki pan co obsługuje tę jaskinię mówi, ze jest dobra dla naszych dróg oddechowych (ciekawe gdzie są te drogi).
Kolację to zjadłem nie wiem kiedy ale zjadłem na pewno bo spieszyłem się na mecz. Dziewczyny wiadomo, wolały iść na plac zabaw.
A teraz idę spać, bo jestem ooooooookropnie zmęczony.


DZIEŃ 3
Minął trzeci dzień naszej wakacyjnej przygody, sami nie wiemy kiedy.
Rano mieliśmy zajęcia językowe, uczyliśmy się o miejscach w mieście. A w nagrodę za aktywność poszliśmy na godzinkę na basen. Pan ratownik wszystko nam wytłumaczył i dopiero wtedy mogliśmy pływać. Pani nas posmarowała kremem przeciwsłonecznym o zapachu gumy do żucia, nawet chłopcy chętnie się smarowali. Woda była dość zimna, więc pani pozwoliła nam być w wodzie tylko chwilkę.
Po południu graliśmy w kręgle i wygrał Filip, ale innym też poszło dobrze. Po kręglach przespacerowaliśmy się do tajemniczego źródełka, z którego płynie pyszna woda i wszyscy mieszkańcy Głuchołaz tam po nią przychodzą. Pani Jola powiedziała, że kto ją wypije będzie piękny i mądry (ciekawe czy już to po nas widać?).


Zamiast kolacji było ognisko z kiełbaskami, były takie pyszne, ze zjedliśmy wszystkie i jeszcze parę, upiekliśmy nawet chleb.Po ognisku opowiadaliśmy skecze i dowcipy, a na koniec poszliśmy spać, bo jutro jedziemy na całodniową wycieczkę do Nysy i nad jezioro Nyskie.
P.S. Prośba od pani kierownik: Proszę nie dzwonić tak często do dzieci, bo wtedy zaczynają płakać. My się naprawdę dobrze bawimy.

DZIEŃ 4
I znowu przeleciał dzień. Wszystkie dzieci informują, ze czują się dobrze, na ogół są pogodne i na pewno się nie nudzą. W nocy śpią grzecznie, w dzień się uczą i bawią, a wieczorami relaksują. A teraz kilka zdań z pamiętnika kolonistki:
Na dzisiejszy dzień nie mogliśmy się doczekać już od wczoraj. Rano, jak nigdy, zjedliśmy szybko śniadanko i wsiedliśmy do autobusu, który zabrał nas na wycieczkę do Nysy. Pani przewodnik całą drogę opowiadała nam ciekawostki. Dowiedziałam się, że najwyższa góra w Opawach to Kopa Biskupia. Co prawda nie zapamiętałam jaka jest wysoka, ale za to wiem jak się nazywa po czesku - Biskupska Kupa (naprawdę!). W Nysie zobaczyliśmy najważniejsze zabytki (żebyście potem nie mówili, że nic nie zwiedzałam), ale najlepsza była przejażdżka po Nysie śmieszną ciuchcią. Udawaliśmy wycieczkę z Londynu i do wszystkich machaliśmy wołając „hello!". Wszyscy mieszkańcy się do nas uśmiechali i pozdrawiali (za rok postanowiliśmy udawać Hiszpanów...). Pan kierowca ciuchci też opowiadał ciekawostki.


Najbardziej zapamiętałam, że bazylika ma najstrzeliściejszy (czy tak jakoś) dach w Europie, a w ratuszu nie załatwisz żadnej sprawy urzędowej, bo kupił go jakiś pan. Pan przewodnik powiedział, że jak wyjdę za mąż za syna właściciela to ratusz też będzie mój (ja tam mogę wyjść za ten mąż, bo ratusz jest bardzo ładny). I jeszcze zespół Feel kręcił teledysk na takim ładnym placu, gdzie my też byliśmy.
Byliśmy też w muzeum czarownic i postanowiłam, że też się wybiorę na ten ich zlot, tzn. sabat się nazywa (tato, czy mógłbyś mnie zawieźć, bo trzeba mieć prawo jazdy na miotłę, a ja jeszcze jestem za mała). Pani chciała zakuć w dyby naszych urwisów, tylko tych dybów było trochę za mało, to tylko zdjęcia zrobiliśmy.


A potem wreszcie nareszcie pojechaliśmy nad jezioro. Fajnie było, tylko trochę gorąco i wychowawcy nas za bardzo pilnowali. Ciągle tylko: włóż czapeczkę, wypij wodę i tak w kółko. Chociaż smarowanie kremem o zapachu gumy do żucia było fajne. Nawet się opaliłam i to od razu na brązowo. W autobusie prawie wszyscy zasnęli, tak się zmęczyliśmy. A Marcin tak zasnął mocno, że dopiero pani Jola go znalazła, jak już wszyscy wysiedli z autobusu.
Po obiadokolacji bawiliśmy się w grupach, a na koniec była dyskoteka w piżamach, czyli pijama party (mamo, i po co ty się martwisz, że nie masz co na siebie włożyć, wiesz jak fajnie się tańczy w piżamie!). Teraz idę spać, bo chyba zasnę w drodze do łóżka.


DZIEŃ 5
Pamiętnika kolonisty ciąg dalszy...
Dzisiaj była sobota, ale to wcale nie znaczy, że odpoczywaliśmy. Rano poszliśmy na basen, gdzie mieliśmy śmieszne konkurencje. Na przykład wyścigi mokrych sukienek albo podwodne podawanie piłki. Ile przy tym śmiechu było. Niestety, byliśmy krótko, bo pani powiedziała, że będzie za gorąco i zresztą czekały na nas językowe zajęcia. Na angielskim było fajnie, graliśmy w różne gry językowe i robiliśmy projekt.


Po obiedzie, jak to na obozie, jest cisza poobiednia (pani Jola się pomyliła i na planie napisała, że cisza nocna. Już miałem ubierać piżamy...). A dzieci, wiadomo ciszy nie lubią i hałasowały. Pani kierownik zebrała nas po południu i powiedziała, że byliśmy bardzo niegrzeczni i musimy iść do lasu i tam przemyśleć swoje zachowanie. Na szczęście poszedł z nami pan Luke. Po trudnym marszu po wertepach już naprawdę byliśmy gotowi przysięgać, że będziemy grzeczni, gdy nagle dotarliśmy do basenu. A tam czekała na nas grupa najstarszych kolonistów. Mieli podejrzane miny i dziwne ubrania, a Marcin to nawet miał mopa w ręce. Okazało się, że nas nabrali. To wszystko to był test na kolonistę. I chociaż przeszliśmy tak wiele w tym okropnym lesie, to jeszcze musieliśmy iść po szyszkach, gilgotali nas pokrzywą i igłami sosnowymi, musieliśmy pić sok z cytryny, a nawet pocałować ciapciastego banana. Ale było warto, bo mianowali nas (mopem!) na prawdziwych kolonistów.

Możecie być z nas dumni i w ogóle pani Jola powiedziała, że musicie do nas odnosić się z dużym szacunkiem. Z tej radości wskoczyliśmy do basenu (niektórzy to nawet w ubraniach). A w nagrodę, że byliśmy dzielni pan dyrektor, który przyjechał nas odwiedzić, zrobił nam przyjęcie w pianie. SUUUUPER! Cały ośrodek był w bańkach mydlanych, a my szczególnie. Zrobiliśmy sobie pianowe fryzury i nawet bitwę pianową (najbardziej oberwało się wychowawcom).


Potem wystarczyło spłukać się prysznicem i byliśmy śliczni i wykąpani. Pani powiedziała, że już wieczorem nie musimy się myć (hurra!).Po kolacji bawiliśmy się w grupach a potem w piżamach oglądaliśmy mecz. Krzyczeliśmy jak prawdziwi kibice. Niestety większość zasnęła już po pierwszej połowie. Ale się dzisiaj zmęczyliśmy!
Wiadomość od pani Joli: w poniedziałek po południu w galerii będą zamieszczone najfajniejsze zdjęcia, jakie zrobiliśmy do tej pory.

DZIEŃ 6
Już połowa obozu za nami. Wierzyć się nie chce, bo tak szybko minęło. Ranek zaczęliśmy od wyjścia do kościoła, ponieważ większość dzieci albo niedawno przystąpiła do komunii, albo się do niej przygotowuje. Pani powiedziała, że byliśmy grzeczni jak aniołki. My też powiedzieliśmy, że pani była grzeczna, bo pozwoliła nam iść do sklepu i do cukierni.
Ku naszemu zdziwieniu mieliśmy dzisiaj zajęcia językowe, ale takie krótkie i specjalne. Młodsze grupy robiły projekt o sobie a najstarsza grupa przygotowywała hymn Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Będziemy go dzisiaj śpiewać podczas finału.
W nagrodę za dobre zachowanie poszliśmy na basen. I musimy Wam jeszcze powiedzieć (tzn. napisać), że już nie musicie pracować, bo jesteśmy bardzo bogaci. Po południu bardzo fajny pan ( bo umie robić żółwika i mówił naszym językiem) opowiadał nam, jak wydobywali kiedyś złoto i po czym poznać złodzieja złota. Ten pan miał też taki specjalny przyrząd do tortur dla złodziei ale nie zdradzimy jak się nazywa, bo byśmy mieli karę za używanie brzydkich słów.

Najlepsze było płukanie złota (Mamo musisz mi pożyczyć wielki talerz, to będę płukać złoto, jak wrócę!). Każdy z nas znalazł po kilka grudek złota!!! Nawet się z panią trochę podzieliliśmy.

Teraz dziewczyny się bawią a chłopaki przeżywają mecz.
Do jutra!


DZIEŃ 7
Ale dzisiaj było gorąco! Rano od razu po śniadaniu poszliśmy na basen. Chociaż woda jest w nim zimna, dzisiaj wcale nam to nie przeszkadzało. Od 12.00 graliśmy w gry językowe i inne zabawy związane z językiem angielskim. Nawet nie zorientowaliśmy się, że się uczymy. Przy okazji też przypomnieliśmy sobie chyba wszystkie słowa, których się nauczyliśmy. Najstarsza grupa kończyła projekt o sobie.
Po obiedzie było tak gorąco, że pani nie pozwoliła wychodzić na zewnątrz. Wszyscy mieli się zebrać na zajęcia w świetlicy. Wchodzimy, a tam na stołach leży mnóstwo materiałów, igły i nici. Nie mieliśmy pojęcia po co nam te rzeczy. Okazało się, że będziemy robić prawdziwe flagi, które w dodatku zatkniemy na szczycie góry, którą jutro zdobędziemy. Od razu Was uspokajamy, góra jest cała porośnięta lasem i niezbyt wysoka, więc słońce nam nic nie zrobi.

Flagi wyszły pięknie (tak powiedziała pani). Potem pobiegliśmy do jaskini solnej, gdzie jak zwykle się spóźniliśmy. Ale za to potem z przyjemnością poleżeliśmy na leżakach w chłodnej jaskini. Co za ulga! Niektórzy nie lubią leżeć, więc usypali wielką solną górę (chyba się przygotowują do jutrzejszej wycieczki).


Po kolacji kończyliśmy flagi. Potem chłopaki poszli kopać piłkę (chyba by nie wytrzymali bez tych wieczornych meczów) a dziewczyny miały wieczorną kąpiel. Tylko, że taką inną niż zawsze, bo pani siedziała w pokoju i każda dziewczynka, która się wykąpała musiała się pokazać i pani ją dokładnie sprawdzała. Niektórym dziewczynkom pani pomagała myć włosy (było dużo chętnych, bo pani przywiozła taki pięknie pachnący, dziewczyński szampon). Jak wrócili chłopcy czekało ich to samo tylko z panem Lukiem. Po tych wieczornych kąpielach zrobiło nam się tak przyjemnie, że prawie natychmiast usnęliśmy.
Od pani: wychowawcom też zrobiło się przyjemnie, bo dzieci zasnęły już przed 22.00 i też poszli wcześnie spać. Dlatego relację piszemy dopiero dzisiaj.

DZIEŃ 8
Witamy ponownie. Dzisiaj będzie krótko, bo właściwie cały czas zajmowaliśmy się produkcją filmu. Postanowiliśmy nakręcić wiadomości MasterCamp News. Rano pisaliśmy scenariusz, każda z grup miała inne wydanie wiadomości: poranne, popołudniowe i wieczorne. Najstarsze dziewczyny były reżyserkami. Aktorami byliśmy wszyscy. Scenariusz tez pisaliśmy wspólnie. Ponieważ obiecano nam basen, jak tylko skończymy, łatwo się domyślić, że scenariusze powstały bez najmniejszych problemów.
Po obiedzie przystąpiliśmy do kręcenia scen. Śmiechu było przy tym sporo, ale też pracy. Nie wiedzieliśmy, ze to takie skomplikowane to kręcenie. Wieczorem filmowcy, czyli my, zostali zaproszeni na projekcję zdjęć z obozu. To było dopiero śmieszne! Zresztą sami zobaczycie, jak przyjedziecie. Mamy nadzieję, że również nasze wiadomości, chociaż mamy mały problem. Nakręciliśmy je komórkami a teraz głowimy się, jak je stamtąd wyciągnąć. Coś wymyślimy. Jutro idziemy zatknąć nasze flagi na szczyt, więc musimy się wyspać. Dobranoc

DZIEŃ 9
Dzisiaj rano nie było gimnastyki, bo musieliśmy szybko zrobić porządki i prosto po śniadaniu wyruszyliśmy zdobywać Górę Chrobrego. Zabraliśmy ze sobą zapasy jedzenia i picia, no i oczywiście nasze flagi. Chwilami nie było łatwo ale całą drogę bardzo przyjemnie. Szliśmy lasem, więc nie było za gorąco, za to widoki wspaniałe. Na szczycie zatknęliśmy flagi, ale są takie ładne, ze postanowiliśmy zabrać je z powrotem. Znaleźliśmy do nich kije i teraz to są już sztandary (pani mówi, ze możemy się z nimi wybrać na inscenizację bitwy pod Grunwaldem. W drodze powrotnej nabraliśmy wodę z magicznego źródełka (żeby być jeszcze mądrzejszymi) i pomoczyliśmy nogi w fontannie z amorkiem. Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy na obiad. A tu czekała na nas niespodzianka. Pani kierownik sprawdziła czystość. Wstydzimy się napisać, jakie dostaliśmy noty (ale to wina pani, bo powinna nas uprzedzać, kiedy sprawdza czystość, wtedy sprzątamy... prawie).

Zgadnijcie, co robiliśmy po ciszy. Tak zgadliście. Tak męczyliśmy wychowawców, tak błagaliśmy panią kierownik, aż się zgodzili żebyśmy poszli na basen. Ale nie wszyscy poszli. Ci co mają bolące gardła, albo nie chcieli, poszli z panią Agatą do solnej jaskini, w której z soli usypali następną górę.
Po kolacji myśleliśmy, że będziemy się bawić, a tu znowu niespodzianka. Pan Luke robił z nami mapę ośrodka, to dla Was, żebyście się nie zgubili, jak jutro przyjedziecie. Tylko, że jest po angielsku, chyba dacie sobie radę?